Od słowa do pęt

Od słowa do pęt,
czyli jak to ze Słowianami było

Weźże przestań wierzyć w te bajki, że słowo „Słowianin” wzięło się od angielskiego slave (niewolnik). Prawda jest całkiem insza, a historia ta toczy się akurat na opak: to ten angielski wyraz na przymusową służbę pochodzi prościuśko od nazwy naszego ludu.

Na samym początku, zanim się porobiło to całe zamieszanie z niewolą, nazwa ta miała całkiem honorne znaczenie. Językoznawcy – te mądre głowy z Krakowa i nie tylko – wywodzą ten korzeń od słowa. Słowianie to byli ci, co znali słowo, czyli gadali tak, że szło ich zrozumieć. Stanowili tym samym ostre przeciwieństwo do sąsiadów zza miedzy, których nazwali Niemcami – czyli tymi niemymi, z którymi za nic się nie dogadasz. Przez wieki nazwa ta znaczyła tyla, co wspólnota ludzi, co to jednym językiem mielą.

Wszystko się pokiełbasiło we wczesnym średniowieczu przez te wielkie wojenki. Jak Cesarstwo Rzymskie i Bizancjum zaczęły się rozpychać na wschód w dziewiątym i dziesiątym wieku, to ciągle darły koty ze słowiańskimi plemionami. Że nasi byli wtedy jeszcze w większości poganami, a chrześcijanina w niewolę brać nie uchodziło, to na pogan polowali jak chcieli, bo to grzechu nie było.

W rezultacie targi niewolników, od Europy aż po Bliski Wschód, zapchały się braćmi Słowianami. Związek między ludźmi a ich niedolą stał się tak mocny, że klasyczne łacińskie słowo na sługę – servus – poszło w odstawkę, a zaczęli gadać sclavus. I tak z nazwy etnicznej zrobiło się pospolite określenie na czyjąś własność.

Z łaciny słowo to poszło w świat, najpierw do starofrancuskiego jako esclave, aż w końcu trafiło do angielskiego. Ta smutna pamiątka językowa została z nami do dziś. Co ciekawe, ten korzeń siedzi też tam, gdzie byście się nie spodziewali. Nawet to włoskie CIAO, co się nim teraz wszyscy na polu i w domu witają, wywodzi się z weneckiego s-ciào vostro, co znaczyło ni mniej, ni więcej, jak jestem twoim sługą”.

Odnosnik